Oświeciła mnie książka, nazywa się - “Powolna produktywność”, której całe sedno brzmi:
Rób mniej rzeczy.
Pracuj w naturalnym tempie.
Niech jakość stanie się twoją obsesją.
I co prawda, przez ostatnie kilka lat, wypisując to-do listę, zawsze miałem na uwadze priorytety.
Tylko, ta lista, była wypełniona codziennie, zadaniami z wielu płaszczyzn.
Czyli godzinę robiłem x, po godzinie y, i tak przeskakiwałem między jednym, a drugim.
Im więcej tych zadań odhaczyłem, tym bardziej wmawiałem sobie, że osiągam więcej.
I okej, przez ostatnie kilka lat, moje biznesy rozwinęły się całkiem dobrze.
Ale dotarłem do momentu, gdy chciałem celowo “zwolnić”.
Czyli zmniejszyć ilość tasków, udało mi się zatrudnić COO, oddelegowałem wiele rzeczy.
I nie zmieniło to faktu, że budziłem się w nocy z pomysłami, rozmyślaniami, obawami, dosłownie mój mózg nie potrafił wcisnąć hamulca.
Działał 24 na dobę, bez względu czy to weekend, czy nie.
Po prostu zaprogramował się na osiąganie, każdego dnia, wykorzystując każdą minutę “produktywnie”.
Przeliczałem każdą godzinę na to, ile wtedy zarabiam, to jest w ogóle przerażające, że przyjęło się przeliczać swoje godziny na pieniądze - przeliczałem każdą godzinę, nawet wtedy, gdy robiłem coś lifestyle’owego.
Czyli doszło to, do takich skrajności, że wszystko delegowałem, czy to zatrudniając ogrodnika czy to kogoś od okien do regulacji, siedząc w biurze, zadowalając się, że zamiast to zrobić samemu, robi to ktoś za mnie, a ja zarabiam w tej godzinie więcej pieniędzy.
Tylko, że w tym tkwi powolna utrata człowieczeństwa.
Jak wszystko przeliczasz, to Twoje życie staje się takim przeliczaniem, a nie życiem.
To mnie skłoniło, żeby sięgnąć po takie książki jak właśnie “powolna produktywność”.
Aby zrozumieć, że - uwaga cytat z książki: “nieustanne przeciążenie, które w pewnym momencie nas wykańcza, wynika z przekonania, że dobra praca, wymaga coraz większej intensywności”.
I można zarabiać zadowalające kwoty, ale przy tym nie być obecnym.
Ostatnio wymieniałem dętkę w oponie roweru z moim przyjacielem i dawny ja, przeliczałby to na stratę czasu, bo przecież można tyle zrobić produktywnych rzeczy w środę rano.
Nowy ja, po prostu jest. Obecny. Nie szukam optymalizacji. Robienia jak największej ilości rzeczy.
“Wykonywanie mniejszej liczby rzeczy” nie oznacza “osiągania mniejszej liczby rzeczy”.
Jest dokładnie na odwrót. Bez względu na to, czy lista zadań jest przepełniona czy krótka, każdego tygodnia pracujesz mniej więcej tyle samo godzin.
Tylko w przypadku wykonywania mniejszej liczby rzeczy, działa to tak, że skupiam się na jednym projekcie dziennie.
I to pozwala działać w naturalnym tempie, jakościowo, robiąc mniej rzeczy.
Nie robię już bloków pracy. Nie nastawiam minutnika ala metoda pomodoro.
Po prostu siadam z notesem i długopisem, wiem, że w tym dniu zajmę się tym projektem.
I jak uznam, że zrobiłem wystarczająco w tym dniu, idę odpoczywać.
Nadal jest mi trudno dobrze odpocząć.
Nadal uczę się odpoczywać.
Jestem człowiekiem i zdaje sobie sprawę, że ta pseudo-produktywność, której nas nauczono, wynika jedynie z ery przemysłowej, gdy wchodziły fabryki, i ludzie byli nastawieni na maksymalne wykorzystanie czasu na pracę, robiąc maksymalną ilość rzeczy w danym zakresie godzin.
Co ciekawe - w momencie, gdy wykonywałem mniejszą ilość rzeczy, robiąc to, co uznawałem za najważniejsze, a usuwając to, co było jedynie “dobre” - na tym wychodziłem zawsze najlepiej.
Kiedyś - nikogo nie interesował czas. Rolnik nie przejmował się, że musi odbębnić pracę od tej do tej, po prostu wstawał rano, robił rzeczy, odpoczywał w momencie, gdy uznał to za potrzebne i pracował wtedy, gdy uznał, że trzeba pracować.
Tak samo wszystkie inne osoby, które pracowały umysłowo: filozofowie, naukowcy, odkrywcy.
Nie przeskakiwali co chwilę z kwiatka na kwiatek, a tym bardziej nie szukali złotych sposobów na produktywność w internecie, bo go nie było.
Według książki “Powolna produktywność”: “wiele małych zadań może działać jak termity destabilizujące fundament tego, co próbujesz zbudować”.
I tutaj chodzi o te małe, różne zadania, przepełnione po brzegi.
Wycinki z książki: “Odrobina wysokiej jakości pracy każdego dnia, przyniesie bardziej satysfakcjonujące rezultaty niż gorączkowe przeskakiwanie między jednym obowiązkiem, a drugim”.
“W XVI wieku Galileusz wiódł spokojniejsze i mniej intensywne życie zawodowe, niż przeciętny pracownik wiedzy w XXI wieku. Mimo to, udało mu się zmienić bieg intelektualnej historii ludzkości”.
Świetne. To pokazuje, że nie liczy się wiele małych dokonań. Liczy się znacznie bardziej jedno, wielkie dokonanie. A nikogo nie obchodzi, jak długo to zajęło, jak wiele zadań ktoś musiał odhaczyć w to-do liście. Liczy się to, że zostało dokonane coś wielkiego.
Kolejny wycinek: “Codziennie ciężko pracujemy nie dlatego, że wysiłki poznawcze wymagają tak niewzruszonej uwagi, ale po to, by spełnić warunki pseudo-produktywności”.
A “wielkie osiągnięcia opierają się na ciągłej kumulacji osiąganych stopniowo skromnych wyników”.
I tutaj fajne jest wizualizowanie sobie wiadra z wodą. Każdego dnia dokładam kropelkę, i robiąc to sumiennie, w danym kierunku, przez długi czas, nazbiera się trochę wody.
Wiadro napełnia się kroplą po kropli. Mój dzisiejszy dzień to jedna kropla. To wystarczy.
Odkryj więcej